

W długo-nożnych bezpośredniościach kładziemy wymuszone tkanki mięsistych oczu. Bawimy, chowamy, pielęgnujemy wzajemnie w białych ścianach. Przy białych korytarzach istniejemy faszerowani kapsułkami sztucznego spokoju. Pozornie beztroscy, szczerze zagubieni. W labiryntach nieświadomości pukamy, stukamy, walimy w skrawki kory mózgowej. Wołamy o pomoc niemym głosem, pustym wzrokiem szukamy czegoś na ścianach, chaotycznie dotykamy swojego ciała.
Bezbarwne, bezbarwne, bezbarwne postaci tego świata.
Próżnia bezcelowych poszukiwań osobowości.
Mgła w powiekach, szron na brwiach, spękane usta, szkliwo zdarte z uzębienia.
Środkowe palce w nas wymierzone, gdy zauważalni stajemy się w tłumie.
Metalowe ramy łóżek przeinaczają wyobrażenia o doskonałości, widzialności, bezbronności.
Schizofrenic
Dostępność oddalona. Niedostępność.
Niewidzialne stwory przestrzeni nieznanej odgryzają nam ręce.
Się słowem opisujemy, wzrokiem otaczamy.
Segregujemy inter – jakieś programy kulturalne, utrwalamy spustem,
migawkowym spostrzeżeniem.
Chowamy kwitki wyrazistych uśmieszków. Mieszkamy w kokonach, na półkach płodu.
Wpływamy na umiarkowanie gęstości szarych komórek.
Przy narodzinach – rany promieniują hektolitrami czerwieni koszenilowej.
Wąskimi korytarzykami żyłek, tunelami pępowin rozcinany znaki na ciele.
Tracimy siebie pod zaspami ruchomych schodów.
Retrospekcyjne obojczyki, dobrowolność zdarzeń.
Stopami dotykamy intelektualności dawnej machiny czasu.
Zazębiamy myślami z kołowrotkiem bezcelowości.
Wołamy paznokciami o pomoc,
by z białych ścian znów móc się uwolnić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz